W nocnym powietrzu rozległ się ostry i wyraźny dźwięk pojedynczego bębna. Po chwili dołączył następny, potem kolejny, aż przynajmniej dwadzieścia ich grzmiało ponad wodami oazy i dachami kazby. Zrazu powolnie, wybijały skomplikowany i subtelny rytm, który wzbudził podziw Elryka. Czy to jest pogrzeb? spytał nowego przyjaciela. Alnac przytaknął. Ale nie wiem, kogo chowają. Wskazał na szereg symetrycznych pagórków za drzewami. To są tereny pogrzebowe nomadów. Naprzód wystąpił starzec z brwiami i brodą bielejącymi pod kapturem, i zaczął odczytywać coś ze zwoju wyciągniętego z rękawa. Dwóch innych otworzyło misterne wieko trumny i, ku wielkiemu zdumieniu Elryka, napluło do środka. Alnac westchnął z przejęciem. Stojąc na palcach, usiłował dojrzeć coś w jasno oświetlonym pochodniami wnętrzu trumny. Jest pusta, książę Elryku. Chyba że ciało jest niewidzialne. Bębny przyspieszyły coraz bardziej urozmaicony rytm. Rozległ się falujący niczym fale oceanu śpiew wielu głosów. Elryk nigdy nie słyszał takiej muzyki.

(Reklama: )
